Jakich butów NIE kupić w góry

Jako rasowa niedzielna turystka nie jestem ekspertem sprzętowym. Ekspercko jednak potrafię dać się naciągnąć na bubel 😉  O tym jak kupiłam nie to co trzeba i jakie wyciągnęłam wnioski na przyszłość, opowiada poniższy tekst.

Swego czasu (dobrych PARĘ lat temu), uciuławszy trochę grosza, postanowiłam się „szarpnąć” i kupić porządne zimowe buty. Jako, że miałam fazę na turystykę, postanowiłam nabyć obuwie w stylu górskim. Technologie odzieży turystycznej miałam w małym palcu, znałam wszystkie modne nazwy od wibramu po goretexy, więc wiedziałam czego chcę. Ja – zdobywczyni Koziej Górki i Klimczoka, posiadaczka prawdziwych turystycznych butów (jednak z bardzo śliską podeszwą), miałam przejść na wyższy poziom wtajemniczenia i może… może w końcu pójść w góry zimą (do czego doszło dopiero 10 lat później…). W moim podgórskim mieście było podówczas chyba pięć lub więcej sklepów turystycznych (pomijając sklepy obuwnicze), wybrałam jednak ten najbardziej oczywisty, mieszczący się w centrum handlowym. Zadowolona i wiedząca czego chcę, zapytałam sprzedawczynię o zimowe buty. Od razu spodobał mi się model Bergsona – jasne typowo zimowe wysokie buty z dobrą podeszwą. Niestety były raczej drogie, a sprzedawczyni koniecznie chciała sprzedać mi inny model. Pokazane mi buty wyglądały bardzo dobrze. Całe w skórze, na vibramie (a jakże, wiedziałam dokładnie co to), świetnie leżały, były wygodne, z membraną i przede wszystkim bardziej wszechstronne od Bergsonów (wspominałam, że byłam już w posiadaniu butów trekingowych?). Nabyłam je bez zastanowienia.

P_20160214_110145
Para w butach 😉

Od początku coś mi w tych butach nie pasowało. Niepokoiłam się coraz bardziej i bardziej gdy, wyszedłszy w nich pierwszy raz na zewnątrz, ślizgałam się na lodzie jak szalona. Tzw. vibram „hike”, przeznaczony typowo na wycieczki, wcale nie był „idealnym rozwiązaniem na zimę”. O tym przekonałam się jednak już po kupnie. Co gorsza bardzo ładne, lecz niezabezpieczone niczym nosy butów zaczęły się bardzo szybko ścierać i moje stylowe trepki przybierały powoli wygląd niechlujnych buciorów. Po dłuższym okresie noszenia, doszedł do tego niekoniecznie miły zapach ze środka (mimo domniemanego srebra w podszewce) oraz fakt, iż buty zaczęły mi się po prostu „pocić” od wewnatrz. W miejscach pęknięć w skórze czy też membranie pojawiały się mokre plamy.

Z własnej naiwności i pod wpływem chwili kupiłam tak naprawdę kolejne buty trekingowe – droższe i tylko trochę lepsze od poprzednich (skóra zamiast nubuku).

Buty
Moje buty po wizycie na Babiej

Nie powiem, że buty się nie sprawdziły – mam je do dziś i gdyby nie one, rzeczywiście nie poszłabym w góry zimą (na przykład na Babią). Schodziłam w nich mnóstwo ścieżek, a po impregnacji dobrze zabezpieczają przed wodą. Poza spękaniami skóry przy palcach oczywiście… Obecnie buty jednak są już w stanie mocno „wskazującym” i coraz częściej z rozrzewnieniem spoglądam w stronę moich starych, rozchodzonych „gumiaczków”, jak nazywałam moje wcześniejsze trepki, w których sporo schodziłam nie tylko gór, a które zawsze były ratunkiem w niepogodę i na okazjonalnych wyjściach na grzyby ;).

P_20160109_121022a
Ale na Morskim Oku dały radę 😉

Inna historia przydarzyła się Leszkowi. Będąc pracownikiem dystrybutora marki Meindl, z uwagi na przysługująca mu zniżkę, postanowił zakupić sobie takie buty, aby mieć porządny sprzęt na lata. Zakupił i po niedługim czasie buty zaczęły przemakać przy podeszwie. Ewidentnie produkt był felerny. Dystrybutor stwierdził, że Leszek jest… za ciężki, dlatego jego buty przemakają i oddał mu tylko połowę pieniędzy.

Kolejna przygoda związana z markowymi butami przydarzyła nam się we wrześniu poprzedniego roku. Będąc w Saskiej Szwajcarii, zatrzymawszy się podczas wycieczki na odpoczynek, zauważyliśmy na trawie… podeszwy. Jakiemuś turyście odkleiły się podeszwy butów i tak zostały na szlaku (dobrze, że nie nam…). Marka butów – Meindl.

Pewnie to pech, ale może służyć za przestrogę, aby nie zawsze kierować się marką przy doborze obuwia.

Podsumowując.

Jestem daleka od stwierdzenia, że znam się na butach turystycznych, jednak wiem już na co będę zwracać uwagę kupując nowe buty:

  1. Nie kupować pod wpływem chwili
  2. Nie dać się naciągnąć sprzedawcy i wyraźnie mówić czego się chce (lub wybrać po prostu lepszy sklep)
  3. Nie kierować się kolorem 😉
  4. Nie kierować się marką
  5. Zastanowić się w jakich warunkach będą używane buty i dowiedzieć się na ich temat przed kupnem jak najwięcej (internet)
  6. Kupić buty z osłoniętymi nosami lub gumowym otokiem. Każda skóra czy nubuk w końcu się zetrze i zniszczy. Buty z gumowym otokiem są też odporniejsze na wodę.
  7. Nie zapominać o posiadanym obuwiu i nie dublować zakupów.
  8. Nadal nie jestem pewna co jest lepsze – skóra czy nubuk, ale następnym razem chyba wybiorę nubuk, ponieważ poprzednie buty z niego zrobione nie pękły

To nie jest poradnik, ale może ktoś skorzysta, a przede wszystkim kupi obuwie i ruszy w góry! Tego Wszystkim życzę 🙂

Owca vel Niedzielna Turystka

Tak na marginesie – nie tego spodziewaliście się po tym wpisie, patrząc na główny obrazek, prawda? 😉

Autor: (nie)dzielni turyści

Turyści niedzielni ale dzielni. Nieco (nieco!) zbyt duzi i zbyt mało ruchliwi. Miłośnicy słodyczy i spędzania czasu przed świecącym ekranem lub ekranikiem. Prowodyrem wypraw, bo tak tylko można nazwać każdą co dłuższą aktywność ruchową, jest płeć kobieca (o dziwo). Po niedawnych wyjazdach w towarzystwie bardziej aktywnych znajomych nabrali ochoty na jeszcze, co poskutkowało 24-kilometrową wycieczką w pobliskie Beskidy, po której nastąpiło zejście. Nie tylko do Szczyrku. Nieposiadacze lustrzanki, ostatnio cykający fotki komórką… z HDR-em. Ubrani jak ubrani. Z permanentnymi zakwasami i bólami krzyża. Z miśkiem na plecaku. Dzielni niedzielni ruszają na szlak. Dorota zwana Owcą Leszek zwany Leszkiem i ich mały przyjaciel Maciej

Dodaj komentarz