Pierwsza zima w górach, czyli…

Pierwsze zimowe wyjście w góry dwójki domorosłych turystów – czyli jak na dwa dni wycieczki zabrać 20 bułek, kijki z Auchan i 10 warstw ubrania, spacerować po zamarzniętym Morskim Oku i pierwszy raz w życiu na widok TOPR-owca w pełnym rynsztunku poczuć się jak noob spotykający wysokopoziomową postać w grze komputerowej. Jeśli też tak jak my rozpoczynasz swoją górską przygodę, lub dobrze wiesz jak to jest, ale chciałbyś poznać nasza perspektywę – zapraszamy do lektury :).

Jak na turystę niedzielnego przystało, muszę stwierdzić to, co dla wielu okaże się banałem – góry zimą są wspaniałe. Piękne, ośnieżone szczyty gór wysokich, piękne zasypane śniegiem drzewa i trawy gór niższych. Wspaniałe i… męczące. Bardzo.

I teraz to co niedzielni turyści lubią najbardziej. Pierwsza zima w górach czyli… wyjście nad Morskie Oko w Tatrach! Szał! Morskie Oko to żaden szczyt, żadna poważna trasa, co gorsza – po asfalcie. Pod górkę – to fakt, wśród gór – niezaprzeczalnie, ale niestety nie bardzo „górsko”. Skąd więc ten tytuł? Jako turysta niedzielny, co więcej turysta, który rozpoczął swoją prawdziwą przygodę górską stosunkowo niedawno, nie miałam nigdy okazji iść w góry zimą. Jakiekolwiek i gdziekolwiek. Jest to o tyle dziwne i niepokojące, iż na co dzień mieszkam w miejscowości podgórskiej, z okna widząc szczyty Beskidu Śląskiego. Zdarza się. Zrzucając fakt ten na karb mojej niedzielności, mogę tyle stwierdzić, że zawsze obawiałam się gór zimą. Nawet moich Beskidów. Nie bardzo miałam też odpowiednią odzież, aby na taką wycieczkę się wybrać. Ostatnio jednak, natchnięta wyprawą koleżanki do Doliny Gąsienicowej (dziękuję Ci Marta!), postanowiłam zaryzykować i namówić Leszka na wyjazd do Zakopanego. Jak się później okazało brzemienny w skutki, a przynajmniej jeden bardzo ważny, ale o tym później.

Jako rasowa turystka „z doskoku” nad Morskim Okiem byłam dotychczas raz. Dawno. Co dziwne – wtedy wcale tłumów nie spotkałam, wprost przeciwnie. Był to jednak maj, dzień powszedni zaraz po majowym weekendzie. Ludzie byli jedynie nad samym jeziorem i to w liczbie wcale nie szalonej. Zachęcona pamiętaną (7 lat temu…) łatwością trasy, zachęciłam Leszka do wyjazdu.

Dawno temu w Tatrach
Dawno temu w Tatrach (żeby nie było, że kłamię z tymi pustkami na szlaku ;))

Na pierwszy dzień zaplanowałam Morskie Oko, które zapamiętałam jako zjawiskowe miejsce i bardzo chciałam odwiedzić je zimą. Na dzień drugi (o szalona! ;)) – Dolinę Gąsienicową, do której trasę omówiłam wcześniej ze wspomnianą koleżanką i stwierdziłam, że damy radę. Leszek nie był nad Morskim Okiem nigdy, podobnie w Dolinie Gąsienicowej, więc warto było spróbować.

Droga do Morskiego Oka jaka jest, każdy wie. Czy to z autopsji, czy z opowieści lub też legend, które na jej temat krążą. Zatłoczona, asfaltowa, pełna niedzielnych (HA!) turystów w klapkach (czy to nie opis Kasprowego?). Dla niektórych dzika i niebezpieczna (niedawna historia z setką turystów).

Na trasę wyruszyliśmy klasycznie z Palenicy Białczańskiej, płacąc dwie dychy za parking plus dyszkę za wejście do Parku Narodowego (powinnam teraz zacząć marudzić na konieczność płacenia, nie zrobię tego jednak, mając cichą nadzieję, że wydane pieniądze trafiają we właściwe ręce i pomagają jakoś zdeptanemu przez turystów Parkowi). Wyposażeni w kije marki kije, wyruszyliśmy na wyprawę. Oczywiście nie obyło się bez nerwowego ustawiania długości kijków, poprawiania czapek, rękawic, po chwili wymieniania rękawic i czapek na lżejsze, w końcu ściągnięcia rękawic i pójścia bez. Szczególnie z mojej strony. Rasowy niedzielny turysta musi się nieźle nabiedzić, aby rozpocząć swoją wyprawę, a przede wszystkim jak zrobić, aby było wygodnie ;).

Na samym początku trasy, klasycznie, stały bryczki z końmi i pojedynczymi zmarzniętymi ludźmi „na pokładzie”. Nie znam dokładnie zasady ruchu bryczek, ale wydaje mi się, iż czekają na zapełnienie zanim ruszą. Było zimno. Przypominając sobie jak daleko zaszliśmy zanim minęła nas pierwsza bryczka, osoby, które teraz wsiadły musiały nieźle zmarznąć zanim w ogóle zaczęły jechać, ale cóż. Ich wybór. My – zaprawieni w bojach, prawdziwi,” tru”, turyści… po pierwsze górce postanowiliśmy odpocząć 😉

Już odpoczywamy ;)
Już odpoczywamy 😉

Trasa od początku była dla nas wymagająca. Nierozgrzane zasiedziane mięśnie nie dawały się tak łatwo rozruszać. Co gorsza od ruchu robiło się coraz cieplej, musiałam wiec dostosowywać swój ubiór do poziomu generowanego ciepła przez co co jakiś czas fundowałam nam postoje na wymianę lub usuwanie części garderoby tudzież poprawianie wsuwających się kijków z Auchana. Nie powiem, żebym nie czuła się głupio patrząc wokół i widząc mijających mnie ludzi w płaszczach i botkach dziarsko prących do przodu. Ubrani w górskie trepy, tanią bieliznę termoaktywną i kurtkę/polar tylko dżinsami pasowaliśmy do otaczających nas osób. Po pierwsze część z nich miała dużo bardziej drogie i firmowe ciuchy (szczególnie obcokrajowcy), po drugie wiele osób szło w swoich codziennych zimowych ubraniach wyjściowych. Oczywiście ilość ludzi była na tyle duża, że spotykaliśmy także turystów ubranych „jak w góry”, ale ja i tak czułam się dziwnie, przejmując się tym jak jestem ubrana i w ile warstw obecnie, bo absolutnie nikt tego nie robił (a może jestem nadwrażliwa?). Zrzucam to na karb niedoświadczenia i może niewłaściwego ubioru. W końcu osiągnęłam jednak stan równowagi ubraniowej i ryszyliśmy dalej.

Po drodze do Morskiego Oka spotykamy bardzo znaną atrakcję o wdzięcznej nazwie „Wodogrzmoty”, dodatkowo nazwie jakże dumnej: „Mickiewicza”. Wodogrzmoty to zespół sporej wielkości wodospadów, utworzonych na potoku Roztoka (czy coś co tworzy takie wodospady można nazwać „potokiem”?). Potok wypływa z Pięciu Stawów Polskich, co czyni go tym ciekawszym. Zalodzone wodospady wyglądają naprawdę zjawiskowo. Trzęsącymi się dłońmi robię im zdjęcia, żeby nie upuścić w wodę telefonu (aparat obecnie w zepsuciu ;().

Zalodzone Wodogrzmoty prezentowały się genialnie
Zalodzone Wodogrzmoty prezentowały się genialnie

Zaraz przy wodospadzie znajduje się stary parking dla samochodów i autobusów, które dawnymi czasy podwoziły turystów do Morskiego Oka (na szczęście czasy te już dawno minęły). Miejsce to jest dobrym postojem, znajduje się tu kilka ławek oraz szereg tojtoi. Odchodzi stąd także zielony szlak do owianego legendą pysznych naleśników i miłej obsługi schroniska w Dolinie Roztoki (15 min). My jednak ruszamy dalej, po drodze mijając wyrytą w drewnie tablicę informacyjną, która wszystkich wprowadza w błąd, pokazując jakoby widoczny przed nami szczyt (patrząc ponad tablicą) był Gerlachem. Zerkamy w stronę prawdziwego Gerlacha i odchodząc słyszymy jeszcze głosy innych turystów podnieconych widokiem najwyższej góry Tatr…

Droga nad Morskie Oko dłuży nam się okropnie. Wiedzieni naiwnością początkowo wybieramy szlak na skróty po wielkich kamorach, jednak po paru poślizgnięciach stwierdzamy, iż droga asfaltem będzie jednak lepsza (jak się dowiedziałam po fakcie, wydłużyliśmy sobie w ten sposób drogę o spory kawał…).

szlag by to trafił copy
Nasza trasa w porównaniu do właściwego szlaku…

Szlak jest oczywiście pokryty śniegiem, momentami wyślizganym przez dzieciaki (i nie tylko). Stresujące są samochody TPN-u i obsługi schroniska, które pojawiają się co jakiś czas na trasie, pędząc w górę lub w dół z nieprzyjemnie działającą na wyobraźnię prędkością. Podobnie działają (przynajmniej na mnie) konie, te jednak dodatkowo wzbudzają moje współczucie, gdy patrzę na ich spienione pyski. Ludzie siedzący na bryczkach mają wyjątkowo umęczone miny jakby to oni ciągnęli wóz. Czyżby za zimno?

Wracając do drogi nad Morskie Oko. Jak wspominałam – nasze niedzielno turystyczne ciała przypominają nam, że nie jesteśmy wysportowani. Trasa, mimo iż technicznie prosta, nam daje sporo w kość. Na szczęście po drodze pojawiają się prześwity pomiędzy drzewami, w których podziwiamy okoliczne szczyty (co oznacza okazję do bezkarnego zatrzymania się i odpoczynku ;)). Po drodze także zatrzymujemy się na popas i łyczek termosowej herbatki.

Wspaniałe widoki na słowackie szczyty.
Leśniczówka, a w tle wspaniałe widoki na słowackie szczyty.

Po dłużącej się trasie docieramy wreszcie na Polanę Włosienica. Tu zatrzymują się konne bryczki. Rozciąga się z niej przepiękny widok na szczyty okalające Morskie Oko – zapowiedź kresu naszej wycieczki. Co ciekawe (lub nie ;)) do jeziora jest jeszcze spory kawał drogi. Inni turyści także to zauważają. Jeden z mijanych chłopaków jest tak zgrzany, iż idzie w samym podkoszulku; młoda dziewczyna chwyta za rękaw ojca dramatycznie jęcząc „już nie chcę…”. Jakimś cudem jednak, wspierając się na kijach docieramy w końcu do upragnionego celu. A cel ten wart jest po stokroć włożonego wysiłku.

Widok na jezioro zapiera dech w pirsiach
Widok na jezioro zapiera dech w piersiach

To co zawsze uderza, gdy dojdzie się nad Morskie Oko to widok przepięknych Mięguszowieckich Szczytów, górujących nad taflą jeziora. To co uderza później – to piękno samego Morskiego Oka. Zimą ma ono inny charakter – bardziej przygodowy. Przez środek jeziora można przejść na drugą stronę. Zamarznięta tafla jest na tyle gruba, iż spokojnie można po niej chodzić. Rzesze turystów korzystają więc z tej niezwykłej okazji , podróżując tam i sam po Morskim Oku.

Od samego patrzenia siedzenie już boli ;)
Lodowisko

Tu pewnie pojawią się wątpliwości „czy tak można?”. Można, a nawet należy. Szlak przez środek jeziora jest bezpieczniejszy niż szlaki wokół, zarówno z uwagi na zagrożenie lawinowe, jak i wygodę podróżowania (na oblodzonych kamieniach łatwiej wywinąć orła). Gdy przez nie przechodziliśmy, część jeziora pokryta była śniegiem, co ułatwiało poruszanie. My jednak ubraliśmy na nogi mini raczki, co zdecydowanie ułatwiało drogę i zapobiegało poślizgom (które wielokrotnie widzieliśmy w wykonaniu innych użytkowników „szlaku”). Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości co do bezpieczeństwa szlaku przez środek – po drodze spotkaliśmy ratownika TOPR, który wyposażony w raki, pewnie przemierzał jezioro. Miał ponurą minę i wyglądał trochę jak wysokopoziomowa postać z gry komputerowej na tle nas – noobów ;).

Turystyczne nooby na jeziorze ;)
Turystyczne nooby na Morskim Oku 😉 Ale wiało…

Na jeziorze piździło okropnie, co utrudniało cykanie fotek (musiałam co chwilę ściągać i ubierać rękawice) i zmusiło nas do zasłonięcia twarzy naszymi domowej roboty pseudobuffami. Przygoda jednak była świetna, tym bardziej, że można z było bliska podziwiać potężne ściany „Mięguszy”. Wejścia nad Czarny Staw nie ryzykowaliśmy. Po chwili odpoczynku wróciliśmy na drugą stronę i udaliśmy się do schroniska.

Ściana Mięguszowieckich szczytów z bliska
Ściana Mięguszowieckich szczytów z bliska
Widok na jezioro z drugiego brzegu.
Widok na jezioro z drugiego brzegu.

Jako, ze ostatnim razem byłam nad Morskim Okiem w dziwnym momencie roku, nie było mi dane doświadczyć schroniskowego ścisku. Korzystając z okazji udałam się do przybytku za 2 złote, gdzie stojąc w o dziwo całkiem krótkiej kolejce podsłyszałam rozmowę dwóch koleżanek, z których jedna narzekała, że wymroziło jej cztery litery, druga zaś z hasłem „a nie mówiłam” opowiadała o swoich ubranych pod spodnie getrach. Pamiętajcie – zimą w górach piździ i getry są nieodzowne. Nie raz mogą uratować tyłek (dosłownie).

Scronisko - jeszcze widok z jeziora
Scronisko – jeszcze widok z jeziora

W samej sali schroniska jest zadziwiająco mało miejsca. W niewielkim pomieszczeniu tłoczą się tłumy. Niektóre twarze poznaje ze szlaku. Leszek zdążył zająć strategiczne (jedyne wolne) miejsce na ławeczce pod ścianą, dzięki czemu w przeciwieństwie do większości osób mogę usiąść (na jego kolanie, ale jednak). Raczymy się nieśmiertelnymi bułkami z pasztetem (pomna ostatniego zagłodzenia się w Beskidach (opis wkrótce), kupiłam 20 bułek na 2 dni…), popijając herbatką. Po prawej kolejka po pomidorową rośnie w silę z każdą chwilą. Naprzeciw dwójka podchmielonych jegomości kończy ósme piwo po czym wytacza się na zewnątrz zaczepiając parę osób i pozostawiając po sobie na stole chlew. Ich miejsce zajmuje rodzina z dwójką dzieci. Matka, zjawiskowa modna blondynka, ubrana w futrzaną czapę i buty na koturnie idzie powalczyć o posiłek dla rodziny. Miejsce obok się zwalnia i siadam ku niezadowoleniu grupki kobiet, które myślały, że usiądą w komplecie. Na szczęście za niedługo wychodzimy.

Powrót rozpoczynamy około godziny czternastej. Słońce zachodzi po szesnastej, więc jest to najlepsza pora na zejście. Szlak w dół jest bardziej śliski i musimy ubrać nasze pseudoraczki, które bardzo nam pomagają w niedoli. Zejście jest przyjemne i idziemy w miarę szybko, jednak zmęczenie daje się we znaki. Po drodze o dziwo cały czas mijamy osoby idące w kierunku schroniska, nawet już na samym końcu (początku?) trasy przy Palenicy. Część osób z dziećmi. W pewnym momencie obok przechodzi schroniskowa rodzina. Pani w czapie i koturnowych butach dynamicznie prze do przodu. Zaczynam wątpić w sens ubierania traperów na tą trasę. Obok nas starszy mężczyzna głośno rozmawia przez telefon, umawiając się na wieczorną wódeczkę.

Powoli się ściemnia
Powoli się ściemnia

Na parkingu jedyną rzeczą na jaką mam ochotę jest pozbycie się ze stóp ciężkich butów. Moje gołe stopy lądują na śniegu i prawie słyszę jak syczy i paruje od tego gorąca.

Po wszystkim udajemy się na żer… znaczy na nieśmiertelne Krupówki. Ledwo powłócząc zmęczonymi nogami i posiłkując się wzrokiem (ja) i smartfonem (Leszek) poszukujemy miejsca z prawdziwie góralskim jedzeniem. Oczywiście szybko znajdujemy upragnioną pizzerię gdzie przy szklaneczce pysznej imbirowej herbatki posilamy się cieszac się z zasłużonego relaksu. Najedzeni wracamy do samochodu, zaparkowanego na prywatnym parkingu na poboczu…, po drodze przechodząc przez popularny mostek. Skrupulatnie omijamy człowieka w wielkim kostiumie królika, który zachęca do robienia z nim zdjęć. Za kasę oczywiście. Wieczór spędzamy na dogorywaniu i oglądaniu telewizora (którego na co dzień nie mamy i po raz kolejny utwierdzamy się, że mamy rację). Jemy też bułki 😉

Rano budzimy się TAK RZEŚCY, że prawie płaczemy widząc za oknem kompletną śnieżno-deszczową szarugę, krzyżująca nasze ambitne (oj ambitne) plany. Pakujemy się i do domu. Może następnym razem się uda.

Idealna pogoda na wyprawę ;)
Idealna pogoda na wyprawę 😉

Przez kolejny tydzień mamy dziwną przypadłość unikania ruchu. Ciekawe dlaczego…

Wycieczka nad Morskie Oko zimą jest świetnym sposobem na spędzenie wolnego czasu. Wspaniałe widoki i możliwość wejścia na zamarznięte Morskie Oko rekompensują mozolne podejście.

Wycieczka ta pomogła nam nabrać odwagi do górskich wyjść zimą, co zaowocowało kolejnym, tym razem samotnym wyjściem Owcy w Beskidy, ale o tym niebawem.

Trasa Palenica Białczańska -> Morskie Oko -> Morskie Oko na przełaj i wszystko spowrotem z zahaczeniem o schronisko.

Czas przejścia do Morskiego Oka: 2h
Cała trasa: 5h

Skala zmęczenia:
Trudmość 2
Dzisiaj jest super, na drugi dzień niekoniecznie…

Owca

Autor: (nie)dzielni turyści

Turyści niedzielni ale dzielni. Nieco (nieco!) zbyt duzi i zbyt mało ruchliwi. Miłośnicy słodyczy i spędzania czasu przed świecącym ekranem lub ekranikiem. Prowodyrem wypraw, bo tak tylko można nazwać każdą co dłuższą aktywność ruchową, jest płeć kobieca (o dziwo). Po niedawnych wyjazdach w towarzystwie bardziej aktywnych znajomych nabrali ochoty na jeszcze, co poskutkowało 24-kilometrową wycieczką w pobliskie Beskidy, po której nastąpiło zejście. Nie tylko do Szczyrku. Nieposiadacze lustrzanki, ostatnio cykający fotki komórką… z HDR-em. Ubrani jak ubrani. Z permanentnymi zakwasami i bólami krzyża. Z miśkiem na plecaku. Dzielni niedzielni ruszają na szlak. Dorota zwana Owcą Leszek zwany Leszkiem i ich mały przyjaciel Maciej

Dodaj komentarz