Pierwsze samotne zimowe Beskidy Niedzielnej Turystki cz.1.

Beskidy zimą zawsze przyciągały mnie jak magnes. Niesty nigdy nie miałam odwagi i sensownego stroju na taki wypad. Nigdy też nie myślałam, że na taką wycieczkę wybiorę się sama, tym bardziej, że samotnie nigdy wcześniej w górach nie byłam.

Pierwszy raz w zimowych Beskidach, czyli jak nienawidziłam zejścia, wspominając drogę wejściową.

Kiedy byłam nastolatką, zdarzało mi się wybierać z moja najlepszą koleżanką Kaśką na Dębowiec – niewielką górę w Beskidzie Śląskim. Jako, że mieszkam w Bielsku-Białej, Dębowiec mam rzut beretem.

Poza widokiem z polany i graniem w karty na stoku, pamiętam z tych wycieczek jedno – z reguły na Dębowcu się nie kończyło 😉 Od tego czasu na hasło „idziemy na Dębowiec” zawsze wiedziałam, że oznacza to Klimczok, a przynajmniej Szyndzielnię. Tak było też tym razem. Rozochocona niedawnym wypadem nad Morskie Oko nie mogłam usiedzieć w domu i pewnego środowego ranka spakowałam do plecaka termos, kanapki, zapasowe ubrania i kije i ruszyłam przed siebie. Prognoza pogody zwiastowała słońce, więc nie przejmowałam się za bardzo. Ruszyłam spod domu około 9:30 i za godzinę byłam pod Dębowcem. Pod, bo jeszcze musiałam nań wyjść. Wiedząc co mnie czeka zawczasu stwierdziłam, że jak padnę na górze, to najwyżej zjadę po stoku na dół, doczołgam się do domu i nie będę kontynuować wycieczki.

Wspaniała pekspektywa...
Wspaniała pekspektywa…

Wybrałam najgorszą możliwą opcję wyjścia. Nade mną ludzie z zadowoleniem wjeżdżali wyciągiem, obok, radośnie zjeżdżali na nartach, a ja z boku na stoku usiłowałam przezwyciężyć grawitację. Po pół godzinie mordęgi i postoju na łyk herbaty (i usadzeniu czterech liter na ławeczce…) dotarłam pod schronisko. Była 10:30, budynek na szczęście otwarty.

Schronisko na Dębowcu
Schronisko na Dębowcu

Pod wpływem chyba euforii po wyjściu na szczyt z zapałem (zadyszką) ruszyłam do okienka żeby podbić w książeczce PTTK swoją pierwszą pieczątkę tego dnia, co zwiastowało, iż nie będzie to koniec wycieczki. Krótki rekonesans wystarczył, żebym zdecydowała, że idę dalej. W oddali na szlaku zauważyłam młoda turystkę, co dodało mi otuchy. Ruszyłam.

Początek szlaku na Szyndzielnię
Początek szlaku na Szyndzielnię

Czerwony szlak na Szyndzielnię jest typowo spacerowy. Szeroki, wydeptany, wiedzie serpentynami na sam szczyt. Śnieg, mimo iż leżał obficie na stokach, na ścieżce był dobrze ubity i rozdeptany. Szło się lekko. Chyba za lekko, bo na Przełęczy Dylówki stwierdziłam, że skręcam na szlak zielony. I zaczęło się. Darłam do góry klnąc i zerkając co chwila na biegnącą równolegle łagodniejsza trasę czerwonego szlaku. Plecy bolały, musiałam przystawać, tracąc czas. Niby wybrana trasa była szybsza, ale koniec końców pewnie szłam tym samym tempem, którym poruszałabym się na szlaku czerwonym. Wyciągnąwszy wnioski z poprzedniej trasy, na skrzyżowaniu szlaków prawidłowo wybrałam… nadal szlak zielony. Niestety po drodze zauważyłam nie zwiastujące niczego dobrego chmury, nadciągające nad szczyt Szyndzielni, co motywowało mnie do szybszego marszu (pełznięcia) pod górę. Po drodze poza wspominaną turystką spotkałam zaledwie dwie osoby. Wysiłek włożony w podejście zrekompensował mi widok przepięknie ośnieżonych drzew w rejonie szczytowym góry. W przeciwieństwie do niższych partii stoku, pokryte były one pięknym delikatnym puchem i nie mogłam się powstrzymać przed zrobieniem im zdjęć (nie, żeby to był pretekst do odpoczynku…).

Wspaniale ośnieżone drzewa
Wspaniale ośnieżone drzewa

Napisanie tu słowa "Narnia" chyba będzie oklepane ;)
Napisanie tu słowa „Narnia” chyba będzie oklepane 😉

Mijając opustoszałą stację kolejki podążyłam do schroniska. Dotarłszy na miejsce, postanowiłam chwilę odpocząć i coś zjeść. Gdy posilałam się w przedsionku, drzwi otworzyły się i do budynku weszło 10 uzbrojonych mężczyzn w mundurach. Prawie się zakrztusiłam, jednak po grzecznym „dzień dobry” panowie poszli po schodach do stołówki. Widać bielska jednostka wojskowa miała dzisiaj ćwiczenia. Odbiwszy kolejną pieczątkę i ubrawszy się cieplej ruszyłam w stronę Klimczoka.

"Ekstremalnie" na Szyndzielni ;)
Ninja na Szyndzielni 😉

Droga na Klimczok była całkiem przyjemna poza kilkoma zasypanymi miejscami i… dwoma momentami gdy wydawało mi się, że słyszę porykiwanie zwierzęcia. Sama na trasie, wokół żywej duszy poza domniemanym potworem w krzakach. Od razu się spięłam i zaczęłam nasłuchiwać. Cisza. Jeszcze parę razy patrzyłam za siebie, ale nic nie było widać. Sytuacja powtórzyła się w innym miejscu. Zrobiło mi się trochę nieprzyjemnie, zaczęłam się jednak zastanawiać czy to aby nie część mojego „ekwipunku” wydaje te dźwięki. Niezabezpieczone talerzykami kijki wbijały się w twardy śnieg delikatnie piszcząc. Pokręciłam jednym w śniegu i rzeczywiście wydał z siebie dziwne warknięcie. Uspokojona poszłam dalej.

Trasa w kierunku Klimczoka była wyjątkowo urokliwa
Trasa w kierunku Klimczoka była wyjątkowo urokliwa

Na szczyt dotarłam po mozolnej wspinaczce żółtym szlakiem. Za mną para turystów z psem wybrała szlak czerwony bezpośrednio do schroniska. Żadna ze ścieżek nie była oblodzona, więc powodem mojego mozołu był tylko i wyłącznie brak kondycji. Plecy wołały o pomoc a ja dałam dalej do góry. Na szczycie jednak znów dopadła mnie radość (zaczęłam oczywiście robić zdjęcia ;)). Znajome nieodwiedzane od lat miejsce wzbudziło miłe uczucia.

Patriotycznie na szczycie Klimczoka
Patriotycznie na szczycie Klimczoka
Dobra lokalizacja tablicy reklamowej to podstawa ;)
Dobra lokalizacja tablicy reklamowej to podstawa 😉

Na stoku Klimczoka przygotowana trasa narciarska świeciła pustkami. Naprzeciw mnie mgła zasnuła stok Magury.

Nie liczyłam na piękne widoki ze szczytu ;)
Nie liczyłam na piękne widoki ze szczytu 😉

Zejście stokiem Klimczoka było nie lada wyzwaniem. Ustawiając buty bokiem musiałam uważać, żeby nie zaliczyć trasy zjazdem prostym w dół (wspominałam, że miałam ubrane dżinsy?). Po drodze natrafiłam jednak na ciekawe znalezisko w postaci drewnianego domku (budy?) z wyraźnie zarysowanym pod śniegiem miniogródkiem. Stwierdziłam, że warto zerknąć do środka. I tu niestety przeżyłam wstrząs, zapadając się po kolana w śniegu na ścieżce, która wydawała się dużo płytsza (tak, miałam na sobie dżinsy…). Weszłam więc do domku nazwanego „Chatką u Tadka” by odnaleźć wypełnione skarbami wnętrze. Na ścianach, belkach sufitowych, wszędzie w niewielkim pomieszczeniu porozwieszane były rozmaite fotografie, mapy, bilety autobusowe i inne „ozdoby”. Wisiało też przepięknie zalodzone lusterko. Chatka posiadała swoje księgi gości i pieczątkę, które oczywiście chętnie użyłam.

Wnętrze Chatki
„bogate wnętrze” Chatki u Tadka
Mróz namalował obrazy na lusterku
Mróz namalował obrazy na lusterku

Zmoczywszy spodnie, jedyną rzeczą jaka mi pozostała było przebranie ich na przyniesione w plecaku spodnie nieprzemakalne, które powinnam była ubrać już na Szyndzielni. Tak zabezpieczona opuściłam przytulną chatkę i poszłam dalej do schroniska. Droga dłużyła mi się niemiłosiernie. Najpierw w dół, potem długo do góry. Zmęczenie powoli dawało się we znaki. Co gorsza we znaki a raczej w cztery litery dawał się także wiatr. Cienkie spodnie mimo ubranych getrów nie dawały żadnej ochrony przed zimnem.

Najbardziej wiało na rozstaju szlaków
Najbardziej wiało na rozstaju szlaków
Schronisko Klimczok
Upragnione Schronisko Klimczok

 W końcu dotarłam jednak do schroniska. W środku było nadzwyczaj dużo ludzi, także dzieci. Po zjedzeniu ciepłej pomidorówki i posileniu się kanapką, zerknęłam na mapę żeby upewnić się co do trasy i niechętnie opuściłam przyjemne miejsce. Moja „chusta”, którą chroniłam twarz przemokła od wilgoci oddechu, musiałam ją więc ściągnąć. Opatulona golfem bluzy i polaru ruszyłam na poszukiwanie szlaku zejściowego.

Stok Klimczoka. Pogoda dopisuje...
Stok Klimczoka. Pogoda dopisuje…

Szlak czerwony – doskonale wydeptana ścieżka widoczny był jak na dłoni. Zielonego nie mogłam znaleźć. Dopiero po chwili za sporą połacią nawianego śniegu zauważyłam słupek z wymalowanym symbolem szlaku. Był tam i czekał na mnie. Więc ruszyłam. To była najgorsza decyzja tej wycieczki (nawet dżinsy były lepsze ;), ale o tym w następnym poście.

Zakończenie tej historii tutaj 🙂

Owca/ Niedzielna Turystka

Autor: (nie)dzielni turyści

Turyści niedzielni ale dzielni. Nieco (nieco!) zbyt duzi i zbyt mało ruchliwi. Miłośnicy słodyczy i spędzania czasu przed świecącym ekranem lub ekranikiem. Prowodyrem wypraw, bo tak tylko można nazwać każdą co dłuższą aktywność ruchową, jest płeć kobieca (o dziwo). Po niedawnych wyjazdach w towarzystwie bardziej aktywnych znajomych nabrali ochoty na jeszcze, co poskutkowało 24-kilometrową wycieczką w pobliskie Beskidy, po której nastąpiło zejście. Nie tylko do Szczyrku. Nieposiadacze lustrzanki, ostatnio cykający fotki komórką… z HDR-em. Ubrani jak ubrani. Z permanentnymi zakwasami i bólami krzyża. Z miśkiem na plecaku. Dzielni niedzielni ruszają na szlak. Dorota zwana Owcą Leszek zwany Leszkiem i ich mały przyjaciel Maciej

Dodaj komentarz