Pierwsze samotne zimowe Beskidy Niedzielnej Turystki cz.2.

Zimowa „wyprawa” na Klimczok zaczęła się niewinnie. Wyjście na Szyndzielnię było stosunkowo łatwe chociaż bardzo mozolne. Na Klimczoku spotkały mnie niewielkie trudności śniegowo-terenowe, a także własna głupota, która sprawiła, że nieco zmarzłam, jednak szczęśliwie dotarłam do schroniska, gdzie zjadłszy zupę poczułam się lepiej (ależ miałam ochotę na pomidorówkę z ryżem). To nie była ostatnia moja „głupota” tego dnia.

Odnalazłszy z trudem zejściowy zielony szlak, mimo niemożliwej do zignorowania kopy nawianego śniegu na wejściu, zauważywszy dalej wydeptaną ścieżkę postanowiłam ruszyć na przełaj przez śnieg. Czy to było mądre – oceńcie sami.

Jeśli nie czytaliście części pierwszej zapraszam tutaj 🙂

Mgła
Gdy zaczęłam wrazać, Klimczoka nie było już widać, jednak drzewa nadal wyglądały pięknie.

Aby dotrzeć do początku szlaku zmuszona byłam przedzierać się przez wspomnianą śnieżną zaspę. Nie widząc ścieżki grzęzłam co chwila w śniegu oraz przysypanych wysokich trawach. Cieszyłam się, że nikt nie widzi moich żałosnych podrygów. Dobrze też, że miałam kije, którymi mogłam się podeprzeć i nie wylądować twarzą w śniegu. Gdy dotarłam w końcu do początku szlaku zauważyłam, że ścieżka owszem jest, ale pewnie z weekendu (co było do przewidzenia zważywszy na wcześniejszą zaspę). Była jednak dobrze widoczna i wydeptana, więc zadowolona ruszyłam przed siebie. Na śniegu zauważyłam ślady psich łap i stóp i wszystko wskazywało, ze ktoś wybrał się z czworonogiem na spacer, jednak później zauważyłam z niepokojem, że pies musiał iść tamtędy później, czyli pewnie był dziki (a może po prostu koloryzuję ;)).

widok
Mimo kiepskiej pogody widok był niczego siebie

Po przejściu pod zwalonym konarem i przydzwonieniu weń głową natrafiłam na kolejną przeszkodę – krótkie strome zejście na szerszą ścieżkę poniżej. Niestety tym razem kijki nie pomogły i zaliczyłam zjazd na siedzeniu. Zaraz potem przekroczyć musiałam płynący potok (źródło rzeki Białki) i kolejne zwalone drzewo.

konar
Rzeczony malowniczy konar 😉

Później ścieżka biegła już bez większych rewelacji. Do czasu. W pewnym momencie na obszarze mniejszego zagęszczenia drzew śnieg znów stał się głęboki. Zapadłam się powyżej kolan. Teraz realnie zaczęłam żałować, że wybrałam tę drogę. Po wydeptanej ścieżce zostało ledwo widoczne wgłębienie w śniegu. Przedzierając się przez białą zaspę zaczęłam zastanawiac się nad zawróceniem, przeszłam już jednak zbyt długi odcinek szlaku. z jednej strony czułam stres, z drugiej śmiałam się w duchu z własnej głupoty.

zaspa
W tym momencie zaczełam żałować, że nie mam rakiet śnieżnych, albo chociaż do badmingtona 😉
zaspa
Ubaw po pachy… no dobra tylko po kolana.

W pewnym momencie doszłam do ciekawej skały, która oczywiście musiałam zrobić zdjęcie.

skała
Niby nic, a cieszy 😉

Trasa coraz bardziej mnie męczyła i obawiałam się czy nie straciłam drogi, zielone znaki jednak sukcesywnie pojawiały się na drzewach wyraźnie znacząc wszystkie zakręty szlaku. Ścieżka momentami przechodziła przez koleiny pozostawione przez ciężkie samochody transportujące drewno, co dodatkowo utrudniało poruszanie. Nie była to przyjemna przechadzka. W pewnym jednak momencie ścieżka zakręciła, a drzewa wokół zgęstniały. Znów pojawił się wydeptany szlak. Dalsza droga minęła już bez zasp. W pewnym momencie zatrzymałam się, żeby ubrać rękawice. Byłam zaskoczona kompletną ciszą którą „usłyszałam” wokół, a raczej nie usłyszałam absolutnie nic. Czując się dziwnie, szybko ruszyłam dalej, aby wygenerować jakikolwiek dźwięk. Po dotarciu do Przełęczy Kołowrót wybrałam żółty szlak do Cygańskiego Lasu. Po drodze znów usłyszałam dziwny zwierzęcy dźwięk z lasu. Do teraz nie jestem pewna czy były to moje kije, czy też nie, ale na ścieżce widoczne były całkiem spore wyraźne ślady jakiegoś zwierzaka.

P_20160120_151703_1a
Przełęcz Kołowrót. Wrót nie znalazłam 😉

Droga powrotna była absolutnie beznadziejna, ciągnęła się w nieskończoność, na szczęście w większości prowadziła w dół. Zaczął tez padać śnieg. Czułam się jakbym przeszła niebotyczne kilometry w górę i teraz musiała pokonać tę trasę z powrotem. Nigdy nie lubiłam żółtego szlaku wiodącego na Szyndzielnię z Koziej Góry, teraz wiem, ze nie lubię go też w drugą stronę. Na Przełęcz Kozią dotarłam około 16:15. Zrezygnowałam z wycieczki do schroniska, ponieważ zaczynało się już ściemniać, a do Cygańskiego zostało jeszcze 45 minut żółtym najkrótszym szlakiem. To była najlepsza decyzja tego dnia. Miałam ze sobą czołówkę, ale nie miałam ochoty jej tu używać. Na trasie poniżej schroniska w śnieżnych koleinach na ścieżce zauważyłam ślady czyś botków. Zastanawiałam się jak pokonał (pokonała?) tę trasę, na której moje trepy co chwila się ześlizgiwały.

Gdy w końcu dotarłam do parku i zobaczyłam ludzi, poczułam ulgę. Mimo wszystko samotna podróż po pustym szlaku nie należała do najprzyjemniejszych. Co ciekawe w samym parku było dużo bardziej ślisko niż w górach i parę razy prawie wywinęłam orła. Mimo wszystko jednak poza ulgą poczułam coś jeszcze. Ogromną satysfakcję i dumę, że udało mi się „zrobić” ten szlak. Mimo, iż pewnie nie wybiorę się już w góry sama (no może na Szyndzielnię), to na pewno ponownie pójdę w moje Beskidy zimą, tym razem z Leszkiem i tym razem nauczona doświadczeniem lepiej zaplanuję trasę… albo znów, tym razem świadomie, wylądujemy w zaspach 😉

Pozdsumowanie całej trasy:

Klimczok
Poglądowa mapka trasy od Olszówki (moja trasa wiodła spod domu, ale pewnie Wam będzie wygodniej z przystanku :)).

Poziom trudności trasy:

Trudmość 2 Zaspy + męczące podejście zielonym szlakiem, jednak bez przesady 😉

  • Dla kogo ta trasa: zimą – dla osób z dobrą kondycją, obeznanych z górskimi wedrówkami
  • Trudności na szlaku: zaspy, przydają się kijki
  • Jak się ubrać: wysokie buty trekingowe, stuptuty lub nieprzemakalne spodnie (tylko nie dżinsy ;)), bielizna termoaktywna, polar, kurtka z membraną
  • Schronisko: obszerna sala jadalna, miła obsługa, bardzo przytulnie. Jedzenie smaczne (jadłam tylko pomidorową), niedrogie (typowe zestawy obiadowe, zupy). Ogólnodostępna darmowa łazienka (niestety tylko z 1 toaletą).
  • Widoki: Przy ładnej pogodzie (na którą nie trafiłam) piękny widok ze szczytu Klimczoka na pasma Pilska, Babiej Góry oraz Tatr.
Miś
A to zimowy misio, który powitał mnie w centrum Bielska-Białej 😉

Owca/ Niedzielna Turystka

Autor: (nie)dzielni turyści

Turyści niedzielni ale dzielni. Nieco (nieco!) zbyt duzi i zbyt mało ruchliwi. Miłośnicy słodyczy i spędzania czasu przed świecącym ekranem lub ekranikiem. Prowodyrem wypraw, bo tak tylko można nazwać każdą co dłuższą aktywność ruchową, jest płeć kobieca (o dziwo). Po niedawnych wyjazdach w towarzystwie bardziej aktywnych znajomych nabrali ochoty na jeszcze, co poskutkowało 24-kilometrową wycieczką w pobliskie Beskidy, po której nastąpiło zejście. Nie tylko do Szczyrku. Nieposiadacze lustrzanki, ostatnio cykający fotki komórką… z HDR-em. Ubrani jak ubrani. Z permanentnymi zakwasami i bólami krzyża. Z miśkiem na plecaku. Dzielni niedzielni ruszają na szlak. Dorota zwana Owcą Leszek zwany Leszkiem i ich mały przyjaciel Maciej

2 myśli na temat “Pierwsze samotne zimowe Beskidy Niedzielnej Turystki cz.2.”

Dodaj komentarz