Pożegnanie zimy, czyli w dżinsach na Babią Górę cz.1.

„Kiedy to się wreszcie skończy?!” myślałam, cicho klnąc pod nosem, gdy po raz wtóry pokonywaliśmy, jadąc na butach, kolejne strome zbocze na drodze zejściowej z Diablaka. Na wejściu Królowa łaskawie przymknęła na nas oko, by na zejściu zaserwować nam prawdziwą mordęgę. Przekonaliśmy się w stu procentach jak to jest być Niedzielnym Turystą.

Babia Góra od dawna miała dla mnie wyjątkowe znaczenie. Codziennie wychodząc z domu, zerkałam przez okno blokowego korytarza, aby sprawdzić czy widać moją „szczęśliwą górę”. Jeśli pogoda pozwalała i widziałam choćby zarys, stwierdzałam, iż mój dzień będzie udany, jeśli nie, właściwie nie myślałam nic, ale zawsze widok Babiej o poranku wywoływał u mnie uśmiech. Wszystko przez znamienną wycieczkę duużo lat temu, którą odbyłam wraz ze szkolnym kołem łazików górskich. Przegoniono nas wtedy żółtym szlakiem na sam szczyt. Ja z moim lekiem wysokości zaliczałam sławetny „dziób” na perci Akademików z sercem w gardle, półzemdlona 😉 Ale udało się, wyszłam, weszłam i… oniemiałam. Pierwszy raz w życiu poczułam to, co teraz jest dla mnie oczywiste – miłość do gór. Tatry były ledwie widoczne, na dole Jezioro Orawskie błyszczało swoimi wodami, a obok niczym gwiazdy – dachy pobliskich domów. Byłam absolutnie zachwycona.

Od dziecka mieszkam w pobliżu gór. Od dziecka ich nie lubiłam. Były ciemne, zalesione, mroczne, niedostępne. Straumatyzowana w młodym wieku bajką o Wesołym Diable, bałam się, ze coś w tym lesie mieszka i może mnie zjeść. A później po prostu nie czułam do nich mięty i tyle. Za to zachwycało mnie morze. Potężna nieskończona połać wody relaksowała mnie i uspokajała. Ale w młodym wieku byłam nad morzem ledwie raz. I było brzydko 😉 Ale i tak wystarczyło.

Wszystko zmieniła Babia Góra.

Wróciłam na nią jako Niedzielna Turystka. Po zbyt wielu latach. Przez ten cały czas tęskniłam za widokiem ze szczytu, wierząc, że w końcu kiedyś uda mi się go zobaczyć po raz kolejny. Nie przypuszczałam, ze minie tak dużo czasu, ale jeszcze bardziej nie spodziewałam się, że wyjdę na nią zimą.
Po ostatnich kilku dniach słońca, postanowiliśmy, że wybierzemy się w góry. Na beskidzkich szlakach nadal leżał śnieg, a dodatnie temperatury zwiastowały brak lodu na szlaku. W planach był Żar, skończyło się na Babiej.

Zachęcona informacją umieszczoną na stronie schroniska na Markowych Szczawinach „Zalecamy zabranie na wycieczkę w góry ciepłej odzieży i kijków”, KIJKÓW, zaplanowałam wyjście czerwonym szlakiem z przeł. Krowiarki, a następnie zejście do schroniska i powrót niebieskim – co by się nie zamęczyć. Oczywiście wiadomym było, że trasa i tak nam da popalić, ale chciałam zmniejszyć ten ból do minimum.

Jak to my – na wycieczkę ubraliśmy się odpowiednio – getry, dżinsy, Leszek – kurtka narciarska, ja – 10 warstw bluz. Na nogi buty trekingowe. W łapy kije. Planowany start – 8:00.

Niby byliśmy przygotowani, jednak już w czasie dojazdu samochodem popadłam w lekkie zwątpienie… W pewnym momencie spośród nieośnieżonych pagórów Beskidu Żywieckiego zupełnie nagle wychynęła biała czapa Babiej Góry. Wielka niczym dach nieba, górująca nad wszystkim, kompletnie niepodobna do pobliskich gór odcinała się na tle szarego nieba. Oniemiałam. Czułam się jakbym spoglądała na potężny alpejski szczyt. W głowie przepływały nazwy himalajskich ośmiotysięczników, a ja wymiękałam coraz bardziej.

– my tam idziemy? – zapytałam głosem na wydechu, nie do końca chcąc, aby to była prawda
– a co wymiękasz? – Leszek na szczęście był zdecydowany.

Za każdym razem gdy bryła Babiej wyłaniała się spośród drzew czułam co raz bardziej, „że to nie był dobry pomysł”. Gdzieś z tyłu głowy przypominały mi się komentarze z facebooka na temat potrzeby używania raków „od Przełęczy Brona”.
Ale na stronie schroniska napisali „kijki”, nie?

Dojechaliśmy. Parking był zalodzony. Zapowiadało się super…

P_20160319_081115Na szlak wyruszyliśmy raźno. Po niedługim czasie zostałam z tyłu, a potem już tylko snułam się gdzieś za Leszkiem, co chwila przystając na zrobienie zdjęć (i złapanie oddechu ;)).

Babia19
Raźno na szlaku… jeszcze

Na trasie nie było wielu osób, ale każda napotkana: 1. Była lepiej ubrana niż my 2. Wyprzedzała nas szybko się oddalając…
Cóż, najważniejsze to „iść we własnym tempie”, prawda?

Babia23

Szlak początkowo nieco zalodzony, wyżej był już tylko pokryty śniegiem, więc szło się naprawdę dobrze (pomijając stromiznę). Widoki były absolutnie urzekające. Wokół przepiękne jodły, poprzetykane świerkami i drzewami liściastymi. Wszystko pokryte warstwą śniegu. Jak w bajce.

Babia24
Zapowiedź
Babia25
Mozolnie, choć malowniczo.
Babia26
Im wyże,j tym piękniej.

Po mozolnym podejściu, obserwując jak zmienia się roślinność pośród nas i z nadzieją patrząc na coraz to niższe drzewa, dotarliśmy do pierwszego punktu widokowego pod szczytem Sokolicy. Wspaniała panorama Beskidów i przepiękny widok na stok Babiej Góry poprawiały humor. Jednak widzieliśmy, że jeszcze sporo przed nami. Trasa na całe szczęście, zaczynała być zdecydowanie mniej stroma, za to bardziej wietrzna.

Babia29
Tam idziemy…
Babia27
Nasza dalsza droga. Gdzie nie spojrzeć jest przepięknie.
Babia32
Następny cel – Kopa

Po niedługim czasie wędrówki pozostawiliśmy za sobą las, a na spotkanie wyszły nam niezwykłe oszronione krzewy kosodrzewiny. Wspaniałe zimowe ogrody otaczały nas z każdej strony, witając nas białymi „kwiatami” i niesamowitymi formacjami wyrzeźbionymi w lodzie przez wiejący wiatr. Śniegowe konstrukty były praktycznie suche, jakby nie były zrobione z lodu.

Witano nas „kwiatami” 🙂

Następny krótki przystanek zrobiliśmy na kolejnym tarasie widokowym, ulokowanym na szczycie Karbu. Po kilku kostkach czekolady i gorącej herbacie z termosu (tak na marginesie – mamy dwa termosy z hipermarketu i oba naprawdę dają radę) podążyliśmy dalej.

Babia33
Widok na masyw Policy z tarasu widokowego na Karbie
Babia35
Lodowe „ogrody”
Babia36
W oddali jedni z notorycznie mijających nas turystów 😉

Od tego momentu droga kompletnie zmieniła swój charakter. Monotonne podejście po śniegu urozmaicały tylko belki znaczące szlak.

Babia38

Po lewej pojawiły się Tatry. Zasnute chmurami ledwie wychylały się, nie pozwalając za wiele zobaczyć spragnionym widoków oczom Niedzielnych Turystów.

P_20160319_103950
Tam są Tatry 😉

Droga na szczyt dłużyła się niemiłosiernie. Czasem łapałam się na tym, iż zupełnie się „wyłączam”, tylko idę do przodu, zdobywając kolejne metry przewyższenia.

Babia39
Nie ma łatwo
Babia40
Ostatnia prosta
Babia41
Ninja, tym razem na Babiej 😉

Po raz pierwszy miałam okazję poczuć, ledwie dotknąć, ale jednak, klimatu wysokich gór (w głowie nadal szumiała mi Nanga Parbat ;)). Nie umiałam sobie wyobrazić, patrząc jakim wysiłkiem było podchodzenie w takim mrozie i wietrze, że ktoś mógłby chcieć to robić dłużej i w jeszcze gorszych warunkach. A jednak.

Naszą Nangę Parbat osiągnęliśmy po 3 godzinach snucia się po stoku 😉 Ale udało się! Była 11. Na szczycie nie obyło się bez zdjęć, czekolady, a nawet bułek i herbatki. Nawet Maciej, który tym razem znów był z nami, miał swoje fotograficzne pięć minut. Nie było tłumów (na szczęście), ale też być nie powinno. To nie była łatwa wycieczka.

Ze szczytu rozciągał się wspaniały widok na okoliczne góry. Pasmo Policy, Pilsko, Tatry – nadal częściowo ukryte za chmurami i oczywiście Jezioro Orawskie.

Babia42
Na szczycie Diablaka
Babia44
Fotograficzne „5 minut” Macieja.
Babia46
Pilsko

Po odpoczynku trzeba było jednak ruszać w drogę. Bezruch nie sprzyjał komfortowi termicznemu, chociaż nie było aż tak źle. Spokojnie wytrzymaliśmy na szczycie pół godziny zanim wyruszyliśmy dalej.

A dalej spełniły się moje najgorsze przeczucia…

O najgorszych przeczuciach i nie tylko przeczytacie w następnej części.

Owca (100% Niedzielna Turystka)

Autor: (nie)dzielni turyści

Turyści niedzielni ale dzielni. Nieco (nieco!) zbyt duzi i zbyt mało ruchliwi. Miłośnicy słodyczy i spędzania czasu przed świecącym ekranem lub ekranikiem. Prowodyrem wypraw, bo tak tylko można nazwać każdą co dłuższą aktywność ruchową, jest płeć kobieca (o dziwo). Po niedawnych wyjazdach w towarzystwie bardziej aktywnych znajomych nabrali ochoty na jeszcze, co poskutkowało 24-kilometrową wycieczką w pobliskie Beskidy, po której nastąpiło zejście. Nie tylko do Szczyrku. Nieposiadacze lustrzanki, ostatnio cykający fotki komórką… z HDR-em. Ubrani jak ubrani. Z permanentnymi zakwasami i bólami krzyża. Z miśkiem na plecaku. Dzielni niedzielni ruszają na szlak. Dorota zwana Owcą Leszek zwany Leszkiem i ich mały przyjaciel Maciej

Dodaj komentarz