Pożegnanie zimy, czyli w dżinsach na Babią Górę cz.2.

Wyjście na Babią Górę zimą było dla nas – Niedzielnych acz dzielnych Turystów nie lada wyzwaniem. Na szczyt dotarliśmy i owszem, może z lekkim poślizgiem (pół godzinnym ;)) Ale dotarliśmy. Jak na razie wszystko szło sprawnie, a satysfakcja z wyjścia była ogromna. Wyszłoby na to, że nawet Niedzielni Turyści mogą sobie ot tak pójść zimą na wysoką górę. A jednak tuż za wierzchołkiem, po rozpoczęciu schodzenia zostaliśmy utemperowani tak, że aż nam w pięty poszło, a raczej w kolana. Przekonaliśmy się dobitnie jak wielkimi niedzielnymi turystami jesteśmy. No ale przecież dzielnymi 😉

Pierwsza część naszej przygody z Babią Górą tutaj

Schodząc ze szczytu Babiej, już kilkanaście metrów niżej napotkaliśmy pierwszą przeszkodę w postaci skarpy z wąskim trawersem wydeptanych w śniegu śladów. Posiłkując się kijami i rzucając hasła „ale lufa!” dla kurażu, poczęliśmy zsuwać się mniej lub bardziej zgrabnie stromym zejściem.

Babia47
Ale lufa 😉

Babia48

Widok na Diablak za nami był naprawdę piękny, więc nie obyło się bez kolejnych zdjęć.

W tle
W tle przepiękna Babia

Im bardziej oddalaliśmy się od szczytu, tym bardziej niesamowicie się on prezentował.

Babia02

pasmo Policy
Widok na pasmo Policy

Po niedługim czasie weszliśmy pomiędzy pierwsze drzewa. I spotkaliśmy… kolejną stromą skarpę.

Zdjęcie słabo oddaje stromiznę tej trasy.

Wysoka na kilkanaście metrów, znów zmusiła nas do operowania kijami i zjazdu na butach. Leszek spokojnie radził sobie z trasą, ja jak zawsze gramoliłam się z tyłu. Ze strachem w oczach 😉 Przetrwaliśmy. Po drodze mijało nas wielu turystów, wielu dobrze przygotowanych, z rakami. Inni – w adidasach, radzili sobie gorzej od nas. Nie było łatwo. Dalsza trasa umiliła nam jednak nieprzyjemności pięknymi widokami.

Pięknie
No po takim szlaku można podróżować 😉
Babia06
Urokliwie

W oddali majaczyła Mała Babia Góra. Początkowo planowałam wejście na nią, jednak zmęczone nogi dawały wyraźnie znać, że nie mają ochoty na kolejne podejścia.

Dotarliśmy na Przełęcz Brona. Rozglądnęłam się. Zero lodu, Śnieg jak wszędzie. Chyba ok…

Przeł. Brona
Przełęcz Brona i Mała Babia

Przeszłam kilka metrów w poszukiwaniu dalszej części szlaku. Zerknęłam. Cofnęłam się.

– Leszek, nie wiesz gdzie jest dalsza część szlaku? – spytałam niewinnie…

– No chyba tutaj

„Tutaj” oznaczało wąską, stromą,  wyjeżdżoną rynnę, która jak miałam nadzieję była pomyłką, jakimś dziwnym skrótem lub może trasą na pobliską Małą Babią, tylko wiodącą wbrew szlakowi w dół… Cokolwiek bylebyśmy nie musieli tym schodzić.

Musieliśmy.

Aby nie zaliczyć zjazdu na siedzeniu, wybraliśmy drogę po głębokim śniegu poza ścieżką. Szło się ok., ale i tak pod koniec zlądowaliśmy oboje na siedzenie. To był jednak dopiero początek.

Skrócę Wam mękę wysłuchiwania moich jęków – na naszej trasie jeszcze kilka razy spotykaliśmy ośnieżone skarpy, które bez raków można było pokonać na dwa sposoby – mozolnym złażeniem z kijami, destrukcyjnym dla kolan i bardzo powolnym. Lub szybszym – metodą zjazdową na czymkolwiek. Mijający nas wyraźnie doświadczeni turyści, widząc nasze wątpliwe wysiłki stwierdzili, iż oni też tak mieli, ale potem zaraz kupili raki. Historia zatoczyła koło… czy coś.

Turyści bez raków, czyli około połowa, uskuteczniali różnorakie formy przyspieszania zejścia. Dwie dziewczyny w zimowych butach sportowych bez protektora przykucnęły na stoku i zjeżdżały na podeszwach. Turysta z kijami użył ich jako kijków narciarskich i zjeżdżał krokiem łyżwowym. Właściwie sytuacja była komiczna. Tylko ja oczywiście ślimaczyłam się, schodzac po śniegu. Strach w oczach. Wizja wzywania GOPR-u w głowie.

Cała przygoda trwała długo – za długo. Do schroniska miało być 20 minut. My szliśmy dwa razy dłużej. Upragnione schronisko przybliżało się w żółwim tempie.

Skarpa
Przydałoby się „jabłuszko” 😉

Łaskawa Zimowa Pani pozwoliła na siebie wejść niedzielnym turystom, jednak musiała pokazać, że niedzielność jednak nie popłaca, szczególnie zimą na wysokiej górze.

Babia10
Nareszcie schronisko

Na zmęczonych nogach dotarliśmy do schroniska, gdzie nie omieszkaliśmy porządnie odpocząć. Siedziało się dobrze. Zupa smakowała wyśmienicie. Z okna widzieliśmy grupkę turystów z „jabłuszkami”, zjeżdżających ze stoku czerwonego szlaku. Była to jakaś opcja. Niestety po miłym leniuchowaniu (i zjedzeniu większości zapasów) trzeba było ruszać dalej. Pozostało nam jeszcze ponad półtorej godziny drogi do samochodu.

Do Krowiarek – 1h 45 min

IMG_20160319_143246

Powiem szczerze, że gdybym mieszkała w okolicy, często odwiedzałabym niebieski szlak zejściowy ze schroniska. Była to niezwykle przyjemna, spokojna wycieczka, która na zakończenie męczącej walki ze skarpami i śniegiem, działała jak balsam na nasze skołatane… wszystko.

Babia14
Prawdziwy relaks w drodze powrotnej

Jedyne czego żałowaliśmy, to pogoda. Gdy byliśmy na szczycie, niebo zasnuwały szare chmury, teraz – nad widoczną spomiędzy drzew białą kopułą Babiej, świeciło piękne słońce. Nie można mieć wszystkiego.

Babia Góra
A ponad drzewami – przepiękna w słońcu Babia Góra

Po drodze mijali nasz wcześniej napotkani na szlaku turyści (wszyscy szybsi od nas…).

Pozdrowienia dla turystów z „jabłuszkami” 😉
Przeł. Krowiarki
Tam i spowrotem 🙂

Mimo to jednak do Krowiarek dotarliśmy 10 minut wcześniej niż pisało na znakach (sukces!). Chyba bardzo nam się spieszyło do domu.

Potem jeszcze pół tygodnia kurowałam kolana 😉

Po raz kolejny zimowa góra dała mi „popalić”, tym razem włączając w to także Leszka. Zdobyliśmy jednak kolejne doświadczenia i przede wszystkim wspaniałe wspomnienia. No i poleźliśmy zimą na tą Babią (osoby śledzące zimowe wpisy na forach górskich wiedzą o co chodzi ;)).

Po raz kolejny Babia Góra stała się dla mnie górą wyjątkową. Zawsze gdy teraz spoglądamy z daleka na jej ośnieżony szczyt, uśmiechamy się mówiąc – tam byliśmy. Mimo to jednak nadal ten „pierwszy raz” na Babiej wiele lat temu, pamiętam jako ten najbardziej niezwykły, a góra ta będzie dla mnie zawsze „tą pierwszą” od której wszystko się zaczęło.

Podsumowanie wycieczki:

Babia
Poglądowa mapka naszej trasy (klik po większa mapę)

Poziom trudności trasy:

Trasa bardzo kondycyjna. Od samego początku ostre podejście do góry, „uspokaja się” ponad linią lasu. Na zejściu bardzo duże trudności – strome zejścia z sypkim śniegiem bardzo męczące kolana.

  • Dla kogo ta trasa: zimą – dla osób z dobrą kondycją, obeznanych z górskimi wedrówkami
  • Trudności na szlaku: bardzo wymagające zejścia na trasie ze szczytu do schroniska, bardzo przydają się raki
  • Jak się ubrać: wysokie buty trekingowe, stuptuty lub nieprzemakalne spodnie (my szliśmy w dżinsach i było ok), bielizna termoaktywna, polar, kurtka z membraną
  • Schronisko: całkiem duża jadalnia, ale w sezonie na pewno brakuje miejsc. Jedzenie smaczne (jedliśmy zupę), Leszek zamówił aż dwie – a to o czymś świadczy 😉 Niestety zupa odgrzewana w mikrofali – drugą porcję żurku Leszek dostał chłodną. Jedzenie niedrogie (zupa 8-9zł). Nie dbają o pieczątki. To może głupi problem, ale dla zbieraczy niekoniecznie 😉
  • Widoki: przy ładnej pogodzie rozległe widoki na Tatry i całe Beskidy

 

Kremówka
Na zakończenie męczącego dnia zjedliśmy kremówkę… z humorystyczną nutą. Zgadnijcie w jakim mieście 😉

Autor: (nie)dzielni turyści

Turyści niedzielni ale dzielni. Nieco (nieco!) zbyt duzi i zbyt mało ruchliwi. Miłośnicy słodyczy i spędzania czasu przed świecącym ekranem lub ekranikiem. Prowodyrem wypraw, bo tak tylko można nazwać każdą co dłuższą aktywność ruchową, jest płeć kobieca (o dziwo). Po niedawnych wyjazdach w towarzystwie bardziej aktywnych znajomych nabrali ochoty na jeszcze, co poskutkowało 24-kilometrową wycieczką w pobliskie Beskidy, po której nastąpiło zejście. Nie tylko do Szczyrku. Nieposiadacze lustrzanki, ostatnio cykający fotki komórką… z HDR-em. Ubrani jak ubrani. Z permanentnymi zakwasami i bólami krzyża. Z miśkiem na plecaku. Dzielni niedzielni ruszają na szlak. Dorota zwana Owcą Leszek zwany Leszkiem i ich mały przyjaciel Maciej

3 myśli na temat “Pożegnanie zimy, czyli w dżinsach na Babią Górę cz.2.”

  1. Ojj my wybraliśmy się na Babiś dokładnie 27 grudnia 2015 roku i … to było przejście! Trasa z Markowych Szczawin dała nam niesamowicie w kość! W Krakowie mieliśmy piękną pogodę przez całe Święta i człowiek trochę zapomniał że to przecież góry. Next time będziemy bardziej przygotowani 😉 piątka od nowicjuszy 🙂

Dodaj komentarz