Równica – góra dla każdego

Pewnie to dziwne dla „starych górskich wyjadaczy”, ale o fakcie, że na Równicę da się praktycznie wyjechać samochodem dowiedziałam się stosunkowo niedawno, podobnie o tym, iż jest ona mocno oblegana i zalana wręcz infrastrukturą z cyklu „spędzamy czas z dziećmi”. Będąc jednak zdesperowaną, łaknącą gór kobietą w siódmym miesiącu ciąży, wiedziałam, że w tym wypadku fakt możliwości podwiezienia pod szczyt będzie miał dla mnie kluczowe znaczenie. Jak przystało na turystów niedzielnych swoją podróż rozpoczęliśmy o odpowiedniej porze – 11:30 😉 Pogoda świetna, widoczność niczego sobie, więc należało skorzystać z nadarzającej się okazji.

Na Równicę, a raczej mniej więcej pod schronisko na Równicy (i nieco dalej) rzeczywiście prowadzi asfaltowa droga. Jest ona dosyć wąska i ma kilka bardzo ostrych zakrętów, więc uważna jazda jest wyjątkowo wskazana (na upartego na Równicę można wjechać z wózkiem dziecięcym, jest to jednak opcja dla osób o mocnych nerwach ;)). Już w samym Ustroniu Beskidy przywitały nas pięknymi jesiennymi kolorami, jednak wjeżdżając na górę, naprawdę mogliśmy zachwycać się pięknem otaczających nas drzew. Zapowiadała się naprawdę przyjemna wycieczka.

W morzu barw
Zbliżamy się do szczytu. Tam nie można się nudzić…

Dość nieprzyjemna sytuacja spotkała nas tuż pod samym parkingiem. Zatrzymał nas mężczyzna w kamizelce, twierdząc, że musimy mu zapłacić 8zł za parking. Swego czasu udostępnialiśmy artykuł na ten temat. Pan był natarczywy i nie chciał nas puścić bez opłaty. Jak się później okazało, pod Równicą rzeczywiście jest możliwość darmowego parkowania pod schroniskiem oraz wyżej pod karczmą i wcale nie trzeba uiszczać żadnych opłat. Oczywiście pan może nas zacząć przekonywać, że musimy mu okazać paragony z któregoś z obiektów gastronomicznych na górze. Gdy wracaliśmy, przed budką uformowała się spora kolejka samochodów (nas to na szczęście ominęło), a pan kasował wszystkich po kolei.

Pod Równicą poza parkingami znajduje się wspomniana pokaźna infrastruktura dla spędzenia czasu w rodzinnym gronie. Dziwiliśmy się, dlaczego większość osób podążała w przeciwnym kierunku niż szczyt, dopóki wiedzeni chęcią spojrzenia na piękną panoramę gór wokół Wisły i Ustronia, nie poszliśmy za nimi. Okazało się, że gdy zeszliśmy nieco w dół poniżej parkingów, znaleźliśmy się u progu królestwa torów saneczkowych, parków linowych i innych tego typu „atrakcji”.

Tor rajdowy w pięknej scenerii

Jednakże pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy było popularne schronisko na Równicy. Nie zabawiliśmy tam jednak długo, interesowała nas bowiem tylko mapa trasy. O samym schronisku niedawno zrobiło się głośno, gdyż właściciele, zmuszeni złą sytuacją ekonomiczną obiektu, postanowili zrezygnować z prowadzenia go pod szyldem PTTK. W schronisku jednak cały czas można przybić pieczątkę w książeczce, co też uczyniliśmy 😉

Na szczyt Równicy wiedzie mocno rozdeptany, za to bardzo dobrze widoczny szlak, oznaczony żółtymi znakami. Roztacza się z niego wspaniały widok na okoliczne szczyty z Wielką Czantorią na czele, a także na Ustroń, Cieszyn, a nawet Orawę. Przy pięknej pogodzie ujrzymy stąd Małą Fatrę.

Wspaniałe widoki ze szczytu. W tle – Czantoria
Widok na Ustroń i okolicę

W pięknych jesiennych barwach, otaczające nas góry wyglądały naprawdę zjawiskowo. Mijając ogromny dwór po prawej stronie, jeden z obiektów gastronomicznych, znajdujących się pod szczytem Równicy, podeszliśmy pod linię drzew. Tutaj wiele osób kończyło swoja wyprawę na szczyt, rozkoszując się promieniami jesiennego słońca. My jednak ruszyliśmy dalej ścieżką przez las i po niedługim czasie znaleźliśmy się na szczycie.

Byłam zdziwiona, jak sprawnie udało nam się wyjść (czas przejścia tylko o 7 minut dłuższy od zapowiedzianych na szlakowskazie 15 minut;)), pomimo mojego brzucha, który nie raz potrafił dać mi się we znaki na zwykłych schodach, a tu – dawał radę. Podejście jest dosyć strome, więc niestety trzeba się trochę natrudzić, jednakże nie trwa długo, a widoki są naprawdę warte wysiłku.

Widok na Skrzyczne

Ze szczytu mogliśmy podziwiać piękne widoki na pasmo Klimczoka oraz Skrzyczne. Naprawdę warto było kontynuować wyjście na szczyt. Poza nami było tam tak naprawdę niewielu turystów. Na pewno w sezonie tłumek byłby znacznie większy, ale nie mogliśmy narzekać. Jedna pani zdecydowała się na wyjście nawet w botkach na obcasie, więc naprawdę musiało być warto!

Po króciutkim odpoczynku, ruszyliśmy dalej. Szlak żółty kontynuował swoją drogę w dół do Brennej i Skoczowa. My skierowaliśmy się jednak nieoznakowaną ścieżką na wschód, w stronę Orłowej. Po lewej stronie znów pojawił się przepiękny widok na pasmo Klimczoka, a wokół nas jesień buchała kolorami. Ścieżka prowadziła nieco w dół, więc spacer był wyjątkowo przyjemny.

Po pewnym czasie dołączyły do nas znaki niebieskie i zielone i dalej szliśmy już oznaczonym szlakiem. Nasza wycieczkę zakończyliśmy na rozstaju szlaków „pod Równicą”.  Niebieski szlak biegł dalej w stronę Orłowej, zielony – do Brennej i na Błatnią. Oczywiście wycieczkę można by spokojnie kontynuować, dochodząc do Orłowej (45 minut), lub nawet dalej do Trzech Kopców, my zmuszeni byliśmy jednak wracać. Siódmy miesiąc ciąży to nie przelewki 😉

Mimo to jednak trasa była bardzo przyjemna i nie spotkaliśmy na niej zbyt wielu turystów. Większość  ruchu skupiała się wokół parkingów, a w góry tak naprawdę zapuszczało się stosunkowo mało osób (w sezonie na pewno dużo więcej). Wracając w stronę schroniska, wybraliśmy szlak niebieski i zielony, omijając już sam szczyt Równicy. Dzięki temu uniknęliśmy sporej części podejścia.

Przy parkingu zaskoczyła nas ogromna ilość osób, które przyjechały, aby spędzić popołudnie pod szczytem. Rodziny z dziećmi pielgrzymowały ku rozmaitym atrakcjom ulokowanym w przeciwnym kierunku do szczytu, przyznać jednak należy, iż w przepięknym otoczeniu krajobrazowym. Z południowych stoków Równicy, poniżej parkingu, roztaczały się bowiem naprawdę wspaniałe widoki na Czantorię, Stożek, Soszów oraz widoczną w oddali Baranią Górę.

Podsumowując. Krótka wycieczka na Równcę należała do wyjątkowo udanych. Wspaniałe jesienne barwy dodawały okolicznym górom i lasom niezwykłego uroku, a wędrowanie wśród kolorowych drzew było wyjątkowo przyjemne. Na szlaku nie spotkaliśmy zbyt wielu osób, więc mogliśmy się naprawdę zrelaksować, a sama trasa należała do łatwych, pomijając dosyć strome, acz krótkie podejście na początku. Po drodze spotkaliśmy sporo osób z dziećmi (stosunkowo), także w nosidełkach, co jest bardzo pozytywną tendencją, gdyż spędzanie w ten sposób czasu z dzieckiem jest jednak w Polsce jeszcze mało popularne. Spotkaliśmy także inną panią w ciąży, więc jak widać – góry są dla każdego, trzeba tylko chcieć. Oczywiście – mierzmy siły na zamiary. Celowo nie kontynuowaliśmy spaceru aż do Orłowej, gdyż wiedziałam, że mogłabym mieć problem z powrotem. Jeśli nie jesteśmy pewni – nie ryzykujmy i zawsze miejmy kogoś obok. Jest to trasa idealna na niedzielny spacer dla niewprawionych w bojach turystów, którzy chcą jednak spędzić czas w górach. Trzeba przyjechać jednak odpowiednio wcześnie, bo w porze obiadowej może nas zaskoczyć spory tłum.

Klik po większą wersję
Podsumowanie

Poziom trudności trasy:

Dosyć strome podejście na początku (20 minut), ale później trasa bardzo łatwa, spacerowa

Dla kogo ta trasa: dla większości turystów, także z dziećmi. Jedyny problem to początkowe podejście. Trasę można odbyć także „od tyłu”, wtedy podejścia będą łagodniejsze, będzie ich jednak więcej

Infrastruktura: parkingi darmowe (!) i płatne, bogata infrastruktura gastronomiczna. Schronisko (byłe PTTK), sklepik z pamiątkami.

Atrakcje: parki linowe, tory saneczkowe, strzelnica, gokarty…

Trudności na szlaku: początkowe podejście

Jak się ubrać: jak na spacer

Widoki: wspaniałe widoki na pasmo Czantorii, Baranią Górę, a nawet Małą Fatrę

 

Do zobaczenia na szlaku!

Niedzielna Turystka

Autor: (nie)dzielni turyści

Turyści niedzielni ale dzielni. Nieco (nieco!) zbyt duzi i zbyt mało ruchliwi. Miłośnicy słodyczy i spędzania czasu przed świecącym ekranem lub ekranikiem. Prowodyrem wypraw, bo tak tylko można nazwać każdą co dłuższą aktywność ruchową, jest płeć kobieca (o dziwo). Po niedawnych wyjazdach w towarzystwie bardziej aktywnych znajomych nabrali ochoty na jeszcze, co poskutkowało 24-kilometrową wycieczką w pobliskie Beskidy, po której nastąpiło zejście. Nie tylko do Szczyrku. Nieposiadacze lustrzanki, ostatnio cykający fotki komórką… z HDR-em. Ubrani jak ubrani. Z permanentnymi zakwasami i bólami krzyża. Z miśkiem na plecaku. Dzielni niedzielni ruszają na szlak. Dorota zwana Owcą Leszek zwany Leszkiem i ich mały przyjaciel Maciej

Dodaj komentarz