Złoty Krąg spontanicznie, czyli wycieczka, która prawie skończyła się w rowie cz. II

Pierwsza część naszej wycieczki słynnym Golden Circle objeła jezioro wulkaniczne Kerið oraz dolinę gejzerów, ze słynnym gejzerem Strokkur na czele. Rozochoceni niezwykłymi atrakcjami podążaliśmy dalej. GPS prowadził nas idealnie do celu. To miało się wkrótce zmienić…

Jako, że Złoty Krąg rozpoczęliśmy od końca, kolejnym punktem programu naszej wycieczki był wspaniały wodospad Gulfoss. Gulfoss oznacza „Złoty Wodospad” i jest to najsłynniejszy wodospad Islandii, co nie jest dziwne, zwazywszy na popularność trasy Złotego Kręgu. Wodospad znajduje się na rzece Hvítá i opada dwoma potężnymi kaskadami – 11 i 21 metrową do ponad dwukilometrowego wąwozu poniżej.


O tej porze roku podejście pod sam wodospad było zamknięte. Oblodzona ścieżka była niemożliwa do przejścia (chyba, ze w rakach). Z parkingu w oddali majaczyły skaliste wulkaniczne skały, zza których wyłaniał a się biała linia lodowca. Wyglądało to niezwykle.


Sam wodospad robił ogromne wrażenie. Jego błękitne wody z hukiem spadały w dół, a na ścianach wąwozu lód tworzył niezwykłe misterne żebrowane formy. Ponad wodospadem przygotowano specjalne drewniane ścieżki dla turystów, dzięki którym wygodnie można było podziwiać ten wspaniały cud natury.


Co ciekawe wodospad mógł nie zostać atrakcją turystyczną, gdyż w latach 20-stych ubiegłego wieku planowano utworzyć tutaj elektrownię wodną. Walkę z inwestycją podjęła córka właściciela ziem wokół wodospadu, która zagroziła, iż rzuci się w wody wodospadu, jeśli jej ojciec rozpocznie budowę. Nie tyle dzięki jej działaniom, co z winy niedopełnienia formalności przez inwestora, budowa nie została rozpoczęta. Mimo to pamięci dziewczyny poświęcono salkę w pobliskim budynku, gdzie znajduje się kawiarnia i sklep z pamiątkami. Z owego sklepu oczywiście skorzystaliśmy, kupując nieśmiertelną pocztówkę i ruszyliśmy dalej do ostatniej atrakcji Złotego Kręgu – Parku Narodowego Þingvellir.

Park narodowy Þingvellir (þing – „parlament”, vellir – „równina”), leży na dnie doliny ryftowej (dolina powstała poprzez rozchodzenie się płyt tektonicznych), powstałej na złączeniu płyt eurazjatyckiej i północnoamerykańskiej. Gdy podążaliśmy do parku, nie mogliśmy nie skomentować, iż góry po stronie amerykańskiej są jakby okazalsze 😉 Do doliny przyjechaliśmy od strony północnej, gdzie znajduje się jeden z dwóch parkingów (drugi jest przy centrum turystycznym obok jeziora). Już na początku naszej wycieczki, mogliśmy podziwiać potężne skalne uskoki, tworzone przez rozpęknięcia terenu.


Szlak turystyczny wiedzie dnem największego wąwozu doliny – Almannagjá (isl. „Wąwóz Wszystkich Ludzi”). Jego strome poszarpane ściany, wznoszą się dramatycznie po obu stronach drogi. W zimie dodatkowego dramatyzmu dostarczał utrudniający poruszanie lód. Nie raz prawie lądowałam na siedzeniu, zastanawiając się czy skupiać uwagę na tym, co było wokół czy temu co miałam pod nogami.

Słuchamy płyt 😉

Sam wąwóz z tytułu swej natury nie jest miejscem widokowym. W pewnym jednak momencie po lewej stronie znaleźliśmy mocno oblodzone schody, na które oczywiście (ledwo) weszliśmy. Schody prowadziły na szczyt skalnego uskoku, skąd mogliśmy podziwiać dolinę w całej okazałości.


W dole widać było rozległe rozlewisko wód, wypływających z jeziora Þingvallavatn, a także parking z autokarami oraz charakterystyczny budynek kościoła.


Wyjście na schody, choć opłacalne widokowo, prawie zakończyło się zjazdem po rzeczonych schodach w dół. Prawie. Na szczęście. W naszej drodze towarzyszy nam, wypływająca z jeziora rzeka Öxará, której wody znajdują drogę pośród szczelin wąwozu, w niższym swym biegu tworząc piękny wodospad.


Co ciekawe wąwóz Almannagjá był świadkiem kluczowych dla Islandczyków wydarzeń. To tutaj bowiem, na wysokich skałach odbywały się pierwsze zebrania Islandzkiego parlamentu Alþingi, będącego jedną z najstarszych funkcjonujących do dziś instytucji parlamentarnych. Było to także miejsce spotkań mieszkańców wyspy, gdzie mogli oni handlować, bawić się czy po prostu wymieniać informacjami.


Droga wiodąca wąwozem prowadzi do centrum turystycznego, mieszczącego się na wzniesieniu ponad jeziorem Þingvallavatn. Jezioro to jest największym zbiornikiem wodnym na Islandii. Centrum turystyczne dostarcza informacji na temat historii obszaru, zjawisk tektonicznych oraz fauny i flory.


Z tarasu widokowego roztacza się przepiękny widok na cała dolinę oraz jezioro. Ciekawym elementem jest okrągła mapa szczytów, która w zależności od tego gdzie spoglądamy, pozwala zapoznać się z lokalnym górskim nazewnictwem.


Po nasyceniu oczu pięknymi widokami, ruszyliśmy w drogę powrotną. Schodzenie po lodzie było jeszcze trudniejsze niż wychodzenie, ale na szczęście daliśmy radę.

Najbardziej „przygodowa” część naszego wyjazdu zaczęła się jednak w drodze powrotnej do Reykjaviku. Jako, że nie znaliśmy obszaru, kierowaliśmy się wskazaniami GPS-u, który prowadził nas teoretycznie najkrótsza drogą do celu. Teoretycznie. Droga przed nami zamieniła się bowiem w pewnym momencie w lodowisko.

A to dopiero początek…

Dzięki kolcom na kołach, udało się nam, powoli brnąć do przodu, a koleiny utworzone w lodzie zapobiegały nadmiernym poślizgom. Po paru minutach zauważyliśmy stojące w rowie auto… U nas jak na razie nie było tak źle, dopóki z naprzeciwka nie nadjechał drugi samochód. Wyjechanie z kolein, abyśmy mogli się minąć okazało się w miarę proste. Wjechanie weń z powrotem już nie. Nadjeżdżający z naprzeciwka mężczyzna minął nas, a my utknęliśmy na oblodzonej ulicy. Po prawej stronie skarpa w dół do jeziora, po lewej rów. Powoli zaczynało się ściemniać. Wjechanie powrotem w lodowe koleiny można było nazwać cudem nad Þingvallavatn. Ale po długich próbach – udało się. W stosunku do tego niewielka górka na dalszej części drogi okazała się pestką.

Na koniec wyprawy zafundowaliśmy sobie jeszcze wieczorny przejazd tunelem pod fiordem Hvalfjörður do granic miasteczka Akranes. Stąd mogliśmy podziwiać panoramę rozświetlonego Reykjaviku po drugiej stronie zatoki.

Golden Circle to zdecydowanie wycieczka, którą dobrze jest odbyć, będąc naIslandii, nawet jeśli to typowy zjazd niedzielnych turystów 🙂 W zimie jedźmy jednak uważnie, aby nie wpakować się w podobną lodową „przygodę” jak my.

Sjáumst!

Niedzielna Turystka

Autor: (nie)dzielni turyści

Turyści niedzielni ale dzielni. Nieco (nieco!) zbyt duzi i zbyt mało ruchliwi. Miłośnicy słodyczy i spędzania czasu przed świecącym ekranem lub ekranikiem. Prowodyrem wypraw, bo tak tylko można nazwać każdą co dłuższą aktywność ruchową, jest płeć kobieca (o dziwo). Po niedawnych wyjazdach w towarzystwie bardziej aktywnych znajomych nabrali ochoty na jeszcze, co poskutkowało 24-kilometrową wycieczką w pobliskie Beskidy, po której nastąpiło zejście. Nie tylko do Szczyrku. Nieposiadacze lustrzanki, ostatnio cykający fotki komórką… z HDR-em. Ubrani jak ubrani. Z permanentnymi zakwasami i bólami krzyża. Z miśkiem na plecaku. Dzielni niedzielni ruszają na szlak. Dorota zwana Owcą Leszek zwany Leszkiem i ich mały przyjaciel Maciej

Dodaj komentarz